

Być kapłanką domowego ogniska |
Feministki często są zdania, że praca kobiety pozostającej w domu, zajmującej się dziećmi i rodziną, jest mniej wartościowa niż praca zawodowa mężczyzny. Uważają, że kobieta pracująca w domu jest kimś gorszym, jakby człowiekiem „drugiej kategorii”. Samorealizacji poszukują zatem poza domem, poświęcając się karierze zawodowej. A co mają na ten temat do powiedzenia osoby uznające tradycyjną rolę kobiety w społeczeństwie?
Zrezygnowałam z pracy, aby zająć się domem!
Po dziewięciu latach naszego małżeństwa wydawało mi się, że tworzymy dobry związek i spełniamy wszystkie oczekiwania, jakie stawia się przed młodym małżeństwem. Oboje z mężem mieliśmy dobrą pracę, dwoje dzieci, dom, samochód i przysłowiowe „wszystko, co do szczęścia potrzebne”. A jednak nie byliśmy szczęśliwi... Jednym z powodów powstania naszych problemów, który przywołuję w pamięci był moment, kiedy zostałam w pracy awansowana na wyższe stanowisko. Od tej pory uważałam, że powinnam więcej czasu poświęcić pracy zawodowej, ona zajęła w moim życiu miejsce najważniejsze zaś mąż i dzieci jakby „spadli o szczebel niżej”. Po jakimś czasie zaczęliśmy z mężem coraz częściej się kłócić, w końcu atmosfera w domu stała się nie do wytrzymania. Kiedy próbowaliśmy o tym rozmawiać, mąż wciąż powtarzał: zmieniłaś się! Mówiłam wtedy, że rzeczywiście się zmieniłam, gdyż stałam się świetnym pracownikiem i kobietą poświęcającą się karierze zawodowej. Tak to wtedy postrzegałam. Postanowiliśmy wybrać się z mężem na 10-dniowe wakacje, „tylko we dwoje”. Jednak po powrocie nic między nami nie zmieniło się na lepsze. Obserwując ten stan rzeczy, zaczęłam poważnie zastanawiać się nad sobą. Tak naprawdę, wcale nie lubiłam tej swojej pracy! Szef wciąż wywierał na mnie presję, co na pewno negatywnie odbijało się na atmosferze w domu. Po dłuższym przemyśleniu zapytałam męża, czy mogę zrezygnować z pracy, zostać w domu i zająć się dziećmi. Zgodził się natychmiast. Od tamtej pory nasze małżeństwo się zmieniło, aż trudno w to uwierzyć! Odkąd nie usiłuję grać „kobiety wyzwolonej” i nie zmuszam męża do wykonywania za mnie domowych obowiązków, nerwowa atmosfera w domu znikła bezpowrotnie. Obecnie, aby nasz związek był jeszcze szczęśliwszy, nie daję z siebie jedynie przysłowiowych 50% oczekując od męża pozostałych 50. Potrafimy rozmawiać z sobą bez nerwów i kłótni. Przekonałam się, że to moja praca powodowała, iż mąż czuł się zagrożony jako żywiciel rodziny i „głowa domu”, bo widząc, że z moich zarobków byłabym w stanie utrzymać siebie i dzieci czuł, że nie bardzo jest nam już potrzebny... Teraz nasze życie zmierza we właściwym kierunku. Mąż i dzieci są szczęśliwe, ja jestem zadowolona z życia bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. I dumna jestem z tego, że mogę być „kapłanką domowego ogniska”, a w oczach męża stałam się ideałem kobiety.
Anna
Teraz jestem bardziej kobieca!
Pobraliśmy się w młodym wieku. Chciałam być wspaniałą żoną, taką o jakich czyta się w romansach i jakoś nie pasowałam do świata „wyzwolonych feministek”. Myślałam o małżeństwie z nadzieją ale i lękiem. Pragnęłam aby moje było wyjątkowe, chciałam czegoś więcej niż wspólnego zamieszkiwania pod jednym dachem. Nie akceptowałam związku takiego, jaki widywałam wśród znajomych, gdzie żona wciąż dyktowała mężowi co ma robić i często krzyczała, bo wszystko musiało być po jej myśli. Potem spotkałam przyszłego męża. Był jeszcze bardzo młody, ale już, jak to się mówi, rokował dobre nadzieje i wkrótce zdobył moje serce. Pobraliśmy się, a po kilku miesiącach zaszłam w ciążę. Potem urodziło się nasze dziecko. W tym czasie coś zaczęło się jednak między nami psuć, a ja nie rozumiałam dlaczego. Za ten stan rzeczy obarczałam głównie męża, czyniąc mu różne wymówki. On natomiast coraz więcej czasu po pracy spędzał z kolegami. Któregoś dnia wpadła mi w ręce pewna książka, o tym, „jak być prawdziwą kobietą”. Po jej przeczytaniu zrozumiałam, że i ja nie jestem bez winy. Małymi kroczkami, zaczęłam się zmieniać - zmieniać nie męża, lecz siebie! Najpierw kupiłam sobie nową sukienkę w ulubionym kolorze męża, w której wyglądałam bardzo kobieco. Zadbałam też o dłuższe paznokcie i zmieniłam fryzurę. Teraz trzeba było zająć się swoim wnętrzem... Jednak po pierwsze - zaczęłam dostrzegać zalety męża. Był przecież dobrym ojcem i jak mógł, starał się zabezpieczyć nam byt materialny, nie skąpił pieniędzy na domowe wydatki, sprawdził się też na kierowniczym stanowisku w swojej firmie. Te zalety w końcu wymieniłam w jego obecności. Czuł się tym zaskoczony, ale i podbudowany. Odtąd, kiedy budziłam się rano często myślałam o tym, jak sprawić mężowi przyjemność, np. przygotowując jego ulubioną potrawę. Zaczęłam pisać też do niego krótkie liściki o tym, czym ostatnio sprawił mi szczególną radość. A kiedy, szczególnie po powrocie z pracy, chciał porozmawiać, starałam się zapomnieć o wszystkim, co sama miałam w tym momencie do powiedzenia; zamieniałam się w słuch, co nieraz oznaczało przerwanie różnych domowych czynności. Pragnęłam jednak dać mężowi do zrozumienia, że zawsze gotowa jestem go wysłuchać i akceptuję go takim, jaki jest. Teraz jesteśmy już nie tą samą parą! Mąż zabiera mnie z sobą nawet na ryby! Chce, abym wszędzie mu towarzyszyła. Czy wyobrażacie to sobie? Myślimy o kolejnym dziecku, co było nie do pomyślenia jeszcze dwa lata temu!
Katarzyna
Głos dla Życia, 5/2003
| poprzedni | następny | Rodzina - wróć |
Biuro w Poznaniu: Fundacja "Głos dla Życia" ul. Forteczna 3, 61-362 Poznań, tel. (061) 653 03 95, fax (061) 653 03 94
Nr KRS 0000037425, Nr konta bankowego: 22 1090 1359 0000 0000 3501 8621









