

Rowerowe apostolstwo życia |
Brytyjczyk Les Whittaker pokonał 1600 kilometrów z Londynu do Auschwitz by uczcić męczeńską śmierć św. Maksymiliana Kolbego i innych ofiar obozu. 54-letni Whittaker złożył pod pomnikiem dzieci nienarodzonych w Krakowie, przy kościele św. Józefa na Podgórzu, 1100 czerwonych róż, symbolizujących 1100 przejechanych mil. W ten sposób upamiętnił także 7 mln ofiar aborcji dokonanych w Wielkiej Brytanii od jej legalizacji w 1967 r.
Na konferencji prasowej Whittaker zaapelował o zaprzestanie stosowania pigułki wczesnoporonnej RU 486, produkowanej przez firmę będącą następcą koncernu chemicznego IG Farben, który produkował gaz cyklon-B. Przypomniano też słowa listu Związku Ortodoksyjnych Rabinów Stanów Zjednoczonych i Kanady, że aborcja to „trwające do dziś niszczenie ludzkiego życia w wymiarze daleko bardziej przekraczającym to, co zrobili naziści”.
Anglik jest emerytowanym managerem, ojcem trójki dzieci. Kilkanaście lat temu nawrócił się na katolicyzm. Nie jest to jego pierwsza wyprawa. W 2007 r. przejechał 500 mil z Londynu do Belfastu, zbierając środki na działania charytatywne prowadzone przez organizację Life, z którą jest związany.
Poniżej – dłuższa relacjaj na temat misji Whittekera
Les Whittaker zakończył swoją wyprawę. Przejechał rowerem z Londynu do Auschwitz: 1100 mil, czyli ponad 1600 km, by upamiętnić ofiarę św. Maksymiliana Kolbego i innych osób zagłodzonych w bunkrze obozu Auschwitz w 1941 r. oraz 7 mln ofiar aborcji dokonanych w Wielkiej Brytanii od jej legalizacji w 1967 r. Zebrał 11 tysięcy funtów na domy samotnej matki w Wielkiej Brytanii a także... zaprzyjaźnił się z Polakami.
54-letni Anglik, od kilkunastu lat katolik, ojciec trójki dzieci, emerytowany menedżer, wyruszył z Wielkiej Brytanii 28 lipca. Po przejechaniu Anglii przepłynął promem do Holandii, następnie przejechał przez Niemcy, by 14 sierpnia uczestniczyć w obchodach 69. Rocznicy męczeńskiej śmierci ojca Kolbego w Auschwitz. Jego podróż zajęła dokładnie tyle samo dni, ile św. Maksymilian był uwięziony w bunkrze śmierci.
O św. Maksymilianie tak mówi: „Jego pełen spontaniczności akt wypływał z głębokiej potrzeby serca, które w sposób naturalny szuka kultury życia. Trzeba pamiętać, ze przyprowadzanie dusz do Boga to również jest ratowanie życia ludzkiego. Dlatego mimo że św. Maksymilian głównie chciał uratować życie Franciszka Gajowniczka, to miał też świadomość, że gdyby jego propozycja została odrzucona, to i tak miałaby wielki wpływ na morale wszystkich wówczas obecnych, zarówno więźniów jak i strażników. Sama w sobie była miłością, która przezwycięża zło, nawet zło obozu koncentracyjnego.
Dotknąć miłością
Już dawno temu kard. John O’Connor z Nowego Jorku powiedział, że ruch pro-file jest apostolatem mającym na celu zbawienie duszy, który przynosi przemianę serca i zwiększa ludzką świadomość co do tego, dlaczego żyjemy na tej ziemi i jakie jest nasze przeznaczenie w wieczności. Mam nadzieję, moja wyprawa przyczyni się do tego, że więcej ludzkich dusz zostanie dotkniętych miłością św. Maksymiliana, którą udowodnił decydując się na swój wielki czyn”.
Obrazki ukryte w pasku świętego
14 sierpnia Les wziął udział w pieszej, kilkukilometrowej pielgrzymce z kościoła pw. św. Maksymiliana w Oświęcimiu do celi śmierci Świętego. Wziął udział we Mszy św. na terenie obozu, zwiedził to szczególne muzeum - miejsce zagłady, modlił się w celi śmierci św. Maksymiliana. Nocował na pobliskim campingu w oświęcimskim Centrum Dialogu i Modlitwy. Oświęcimskiemu Kościołowi na ręce bpa Tadeusza Rakoczego przekazał szczególną pamiątkę. „Moje przygotowania do wyprawy były długie i – jak opowiada cyklista – nie składały się na nie wyłącznie ćwiczenia fizyczne. Dużo czytałem o św. Maksymilianie. Jedna zwłaszcza rzecz mocno utkwiła mi w pamięci. Przeczytałem, że będąc w obozie św. Maksymilian poprosił Mieczysława Kościelniaka, żeby namalował mu małe obrazki (wielkości znaczka pocztowego) Maryi i Jezusa. Święty nosił je w obozie ukryte w pasku. Uświadomiłem sobie, że zapewne była to jedyna prośba tego świętego, którego całe życie i śmierć były ofiarą dla innych. Dlatego postanowiłem w swoją podróż wziąć kopię tych obrazków, autorstwa brytyjskiego artysty Bill’ego Lizzarda, by przekazać je następnie do oświęcimskiego kościoła pod wezwaniem świętego”.
1100 róż
Dzień wcześniej w krakowskim kościele św. Józefa na Podgórzu odbyła się szczególna uroczystość z udziałem Lesa Whittakera. Przy tamtejszym kościele znajduje się pomnik dzieci nienarodzonych, przy którym po wspólnej modlitwie z krakowskimi obrońcami życia z Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka zostało złożone 1100 róż
- Ta liczba odzwierciedla nie tylko liczbę mil, które przebędę. To niestety także liczba aborcji, jakich dokonuje się w Wielkiej Brytanii zaledwie w ciągu dwóch dni! – mówi Les Whittaker. - Symbolika róży ma dla mnie szczególne znaczenie – w 1997 r. w 30. rocznicę uchwalenia ustawy zezwalającej na aborcję w Wielkiej Brytanii, zobaczyłem Kardynała B. Hume wrzucającego różę do Tamizy, by upamiętnić wszystkie dzieci, które zginęły przed narodzeniem. To poruszyło moje serce – od tego dnia jestem chrześcijaninem oraz obrońcą życia – wspomina rowerzysta.
Ofiary wojen, ofiary aborcji
Zaraz po modlitwie Les wziął udział w konferencji prasowej. Przypomniano w jej trakcie dwa szczególne dokumenty, łączące tematykę Holocaustu z tematyką pro-life. Pierwszy z nich to apel podpisany w celi śmierci św. Maksymiliana m.in. przez byłych więźniów Auschwitz. Sygnatariusze apelują o zaprzestanie stosowania pigułki wczesnoporonnej RU 486, produkowanej przez następcę firmy IG Farben (po przekształceniach własnościowych), która była producentem gazu cyklon-B, który używano do eksterminacji więźniów hitlerowskich. Drugim dokumentem jest list rabinów skupionych we Związku Ortodoksyjnych Rabinów Stanów Zjednoczonych i Kanady, w którym czytamy, że aborcja to „trwające do dziś niszczenie ludzkiego życia w wymiarze daleko bardziej przekraczającym to, co zrobili naziści”.
„Moja wyprawa prowadziła mnie przez szczególne miejsca związane z drugą wojną światową. U samego jej początku modliłem się przed statuą św. Maksymiliana wbudowaną w ponadtysiącletni budynek opactwa Westminster w Londynie, na którym ukazano świętych męczenników XX wieku. Następnym momentem mojej wyprawy związanym ze św. Maksymilianem było moje zagubienie drogi w jednym z niemieckich miast. Zmęczony i zły znalazłem się wtedy niespodziewanie na ulicy imienia tego świętego i ... złość ze mnie opadła. Zrozumiałem, że to on każe mi się uspokoić i zawierzyć Niepokalanej.
Byłem również przy moście Arnhem, gdzie ginęli brytyjscy żołnierze – mogłem tam podziękować Bogu za tych wszystkich, którzy mieli odwagę przeciwstawić się złu. Jechałem również przez Drezno, zmiecione z powierzchni ziemi przez brytyjskie bombardowania. I wreszcie Auschwitz – miejsce niewyobrażalnej zagłady. Jednym z celów mojej wyprawy było zwrócenie uwagi na dwie liczby, ich zestawienie: 6 milionów ludzi wymordowanych przez nazistów i 7 milionów dzieci nienarodzonych zabitych przez urodzeniem w Wielkiej Brytanii od momentu legalizacji aborcji w 1967 r”.
Jak w dzieciństwie
Rowerzysta część nocy spędził w namiocie na kampingach. „Nie nocowałem w namiocie od czasów swojego dzieciństwa. A mam teraz 54 lata. Trochę czasu minęło” – śmieje się Les. Jedną noc spędził w Opolu w domu polskiej rodziny, która zaprosiła go na nocleg i rozmowy z którą zapamiętał szczególnie. „Wyjątkowo mili i gościnni ludzie. Przed ich domem stały święte statuy, więc odważyłem się zadzwonić do drzwi i poprosić o pomoc. Planowałem rozbić się z namiotem na ich podwórzu, ale nalegali, bym spał u nich w domu”. Jedyne, na co Les narzekał w czasie swej wyprawy to zmienność pogody – w jeden dzień dokuczały mu upały, w inny uporczywe ulewy uniemożliwiały dalszą jazdę na zalanych wodą drogach z niekończącymi się kolumnami ciężarówek. „Na pół dnia musiałem przerwać moją wyprawę – było to realne zagrożenie dla mojego życia” – wspomina rowerzysta. Nie lubił tego uczucia, że właśnie ze względu na pogodę nigdy nie wiedział, gdzie danej nocy będzie spał, bo nie był w stanie oszacować, ile danego dnia będzie mógł przejechać.
Ponadziemska siła
Na pytanie o chwile zwątpienia w czasie trasy Les odpowiada, że takich nie było. „Mam absolutną pewność, że mojej wyprawie towarzyszyła jakaś ponadziemska siła, bez której bym nie dał rady. Wielkim wsparciem była też dla mnie uroczystość pożegnania mnie w miejscowości East Grinstead pod Londynem, skąd wyruszyłem. Przyszło wtedy zaskakująco wiele osób. Ich obecność i modlitwa dały mi siłę do skończenia wyprawy”. W East Grinstead znajduje się pomnik dzieci nienarodzonych, którego inicjatorem był właśnie Les Whittaker.
Tegoroczna wyprawa nie jest pierwszą podjętą przez Lesa. W 2007 r. przejechał na rzecz życia 500 mil z Londynu do Belfastu, zbierając środki na działania charytatywne prowadzone przez organizację Life, z którą jest związany. O kolejnych jednak na razie nie chce mówić. „Działam spontanicznie. Rok temu nie przypuszczałem nawet, że podejmę taką wyprawę. Zostałem „zawołany” przez św. Maksymiliana i pojechałem. Może za jakiś czas odbędę kolejną wyprawę – zobaczymy...”.
Materiał oprac. przez Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka
| poprzedni | następny | Wiadomości - wróć |
Biuro w Poznaniu: Fundacja "Głos dla Życia" ul. Forteczna 3, 61-362 Poznań, tel. (061) 653 03 95, fax (061) 653 03 94
Nr KRS 0000037425, Nr konta bankowego: 22 1090 1359 0000 0000 3501 8621









